Historia Związku Szlachty Polskiej. Okres Gdański (1994-2008)

Historia Związku Szlachty Polskiej. Okres Gdański (1994-2008)

WPROWADZENIE

Na wstępie mojego tekstu chciałbym krótko wyjaśnić powody, dla których to ja jestem jego autorem i jak do tego doszło.

Bezpośrednim powodem napisania tego artykułu są dwie nieoczekiwane rozmowy telefoniczne, które przeprowadziłem w krótkim odstępie czasu, kilka miesięcy temu. Pierwszy zadzwonił do mnie p. Andrzej Teleżyński, wieloletni członek gdańskiego oddziału Związku Szlachty Polskiej, który zadał mi liczne pytania na temat początków Związku. Sam nie mógł ich pamiętać, ponieważ dołączył do organizacji po kilku latach, a wobec planu obchodów ćwierćwiecza Związku otrzymał zadanie opracowania historii organizacji od jej narodzin
do końca okresu, w którym siedziba Zarządu Głównego znajdowała się w Trójmieście. Wkrótce, zadzwonił do mnie także p. Michał Korsak, Prezes Związku, który m.in. podzielił się ze mną smutną wiadomością, że całe archiwum Związku z lat 1994 – 2008 – dokumenty
i szeroka korespondencja – zaginęło w tajemniczych okolicznościach, co sprawia, że bardzo trudno jest odtworzyć pierwszy etap historii organizacji. W tej sytuacji otrzymałem miłą propozycję opracowania początkowej historii Związku w formie artykułu, który wejdzie
w skład specjalnego numeru „Verbum Nobile” wydanego dla uczczenia 25-lecia Związku Szlachty Polskiej. Poprosiłem o czas do namysłu. Z jednej strony od 2009 r. nie jestem członkiem Związku i nie mam z nim żadnych relacji. Z drugiej – byłem jednym z 15 członków-założycieli, którzy w 1994 r. złożyli swój podpis pod wnioskiem o rejestrację stowarzyszenia w sądzie – co rozpoczęło oficjalną historię Związku Szlachty Polskiej. Przez cały okres mojej bytności w organizacji wchodziłem w skład jej władz, więc jestem współodpowiedzialny za to, co się wówczas w Związku i ze Związkiem działo. Ostatecznie zgodziłem się i chciałem w tym miejscu podziękować obu Panom za kontakt, a Panu Prezesowi dodatkowo – za miłe zaproszenie na łamy „Verbum Nobile” i możliwość przedstawienia mojej wersji trójmiejskiego rozdziału historii Związku.

Brak dostępu do archiwum wymaga ode mnie sięgnięcia do własnej pamięci
i szczątkowych prywatnych archiwaliów. Prawie od początku Związku Szlachty Polskiej prowadziłem jego stronę internetową i kronikę wydarzeń. Z mojej inicjatywy powstały także Biuletyny Zarządu Głównego rozsyłane regularnie do wszystkich członków, zawierające informacje o bieżących inicjatywach. Wydaliśmy także adresownik Związku z listą wszystkich członków i składem władz. Miałbym więc podstawy do rekonstrukcji historii i inicjatyw stowarzyszenia, rok po roku, ale uznałem, że byłoby to działanie odtwórcze, a rekonstrukcja – niedoskonała. Serdecznie zapraszam Państwa na stronę internetową Związku, gdzie można poznać jego historię z tego okresu – zarówno inicjatyw oddziałów, jak i zarządu głównego
w Gdańsku. Pan Prezes Michał Korsak wspaniałomyślnie zaoferował mi możliwość uzupełnienia kroniki internetowej i jeżeli odnajdę brakujące informacje – chętnie z tej propozycji (za którą serdecznie dziękuję) – skorzystam.

Być może w przyszłości, być może po cudownym odnalezieniu archiwum organizacji
z początkowych lat, na co nie tracę nadziei, taka rzetelna, szeroka chronologia Związku powstanie. Być może z okazji 30-lecia czy 50-lecia stowarzyszenia ukaże się kronika
z prawdziwego zdarzenia, pełna faktów i zdjęć. Ten artykuł tego zadania nie spełni i nie powinien. Postanowiłem napisać o początkach Związku nieco inaczej i nieszablonowo –
z perspektywy doświadczeń Zarządu Głównego. Będzie to opowieść o trudnych początkach,
o idei, o ludziach, o celach oraz o próbach ich realizacji, a więc także o klęskach, przeszkodach i niepowodzeniach (najmniej, bo szlachcic się nie żali, ale działa).

POCZĄTKI

O idei powstania Związku Szlachty Polskiej dowiedziałem się z audycji radiowej. Zupełnym przypadkiem (jeżeli to mógł być przypadek) latem 1994 r. usłyszałem audycję, którą wyemitował gdański oddział Polskiego Radia. Trzech panów – Mariusz Gizowski, Andrzej Kołakowski i Ireneusz Stanisław Osiński opowiadali o swoim pomyśle na powołanie organizacji zrzeszającej polską szlachtę. Lata 90. XX wieku przyniosły prawdziwą eksplozję organizacji o profilu konserwatywno-tradycjonalistycznym. W 1994 r. funkcjonowało już Polskie Towarzystwo Ziemiańskie. Pojawiły się pierwsze organizacje genealogiczne. Reaktywowano Polskie Towarzystwo Heraldyczne. Były nawet grupy monarchistyczne. W szeregach wszystkich tych organizacji znajdowała się szlachta, nierzadko w przewadze liczebnej, ale żadna z nich nie była organizacją wyłącznie szlachecką. Idea przedstawiona w audycji na tyle mnie zainteresowała i przekonała, że tego samego dnia napisałem i wysłałem na podany, sopocki adres skrzynki pocztowej mój list z ofertą akcesu do projektu stowarzyszenia stricte szlacheckiego. Wkrótce otrzymałem miłą odpowiedź i zaproszenie na spotkanie założycielskie „Związku Szlachty Polskiej” 30 sierpnia 1994 r. Tak stałem się jednym z jego piętnastu członków-założycieli. Dnia 8 września 1994 r. Komitet Założycielski złożył wniosek o rejestrację stowarzyszenia. Postanowieniem Sądu Wojewódzkiego w Gdańsku (Wydział I Cywilny) z 28 lutego 1995 r. Związek Szlachty Polskiej z siedzibą w Sopocie został wpisany do rejestru stowarzyszeń i uzyskał osobowość prawną.

LUDZIE

Nie sposób przedstawić w tym artykule wszystkich ludzi, którzy przewinęli się przez Związek w pierwszym okresie jego historii. Wielu z nich nie żyje. Wielu jest w organizacji do dzisiaj. Jeszcze inni byli w Związku lub wspierali go tylko przez pewien czas, odciskając jednak swoje piętno na jego historii. Pozwolę wymienić sobie kilka nazwisk i – z konieczności skrótowo – uzasadnić mój wybór. Nie chciałbym, aby osoby, które pominę, a które słusznie uważają,
że miały wkład w historię Związku, miały mi to pominięcie za złe. Zawsze uważałem,
że organizacja to przede wszystkim ludzie i wszyscy ludzie, którzy przeszli przez Związek lub weszli z nim w kontakt byli dla jego historii na swój sposób ważni. Aby nie urazić niczyjej miłości własnej musiałbym wymienić wszystkich. Tymczasem niniejsza galeria postaci ma być obrazem Związku pars pro toto – dlatego licząc na wyrozumiałość pozwolę sobie
na naszkicowanie subiektywnej galerii związkowych postaci.

Wszystko zaczęło się od Ireneusza Stanisława Osińskiego herbu Wąż odmienny – pomysłodawcy, inicjatora i pierwszego Prezesa Związku Szlachty Polskiej oraz redaktora naczelnego „Verbum Nobile”. Nie wyobrażam sobie, aby galerii postaci Związku nie otwierała jego osoba. Byliśmy młodzi, w latach dwudziestych swojego życia, dzieliła nas ledwie kilkuletnia różnica wieku, a łączyły liczne wspólne zainteresowania, co wpłynęło na fakt, że szybko zaprzyjaźniliśmy się i spędzaliśmy wiele czasu na rozmowach o wizji Związku, planach, celach, środkach działania a przede wszystkim – na działaniu. Wizja Związku jako środowiska ludzi podzielających te same wartości, wspólne dziedzictwo, ale żyjących tu i teraz oraz patrzących w przyszłość, pełnych energii i chęci do działania najbardziej podobała mi się w projekcie, którego autorem był Ireneusz Stanisław Osiński i do którego dołączyłem jako student I roku prawa na Uniwersytecie Gdańskim. Ireneusz był świetnym organizatorem i miał ogromną łatwość nawiązywania kontaktów. Do tego posiadał erudycyjną wiedzę dotyczącą heraldyki, szlachty i kultury ziemiańskiej. To otwierało przed Związkiem liczne drzwi. Ja zajmowałem się sprawami formalnymi. W 1994 r. przejąłem sekretariat redakcji „Verbum Nobile”, a w Związku od początku pełniłem rolę sekretarza – najpierw de facto, a wkrótce także de iure.

Krótko po rejestracji Związku, w 1995 r. grono członków stopniało praktycznie do nas dwóch – Irka i mnie, ponieważ pozostałe osoby z powodu różnic zdań na temat profilu i charakteru ideowego organizacji wkrótce, dość nagle i nieoczekiwanie opuściły jego szeregi. Kolejne miesiące zajęła nam przede wszystkim odbudowa stanu osobowego Związku, aby nie doszło do jego likwidacji z powodu trwałego spadku liczby członków poniżej 15 osób. To trudne zadanie udało się nam zrealizować stosunkowo szybko, ale nie byłoby to możliwe bez intensywnych starań oraz zaufania i wsparcia ze strony ludzi dobrej woli. Warto tutaj zaznaczyć, że Związek Szlachty Polskiej istniał wówczas praktycznie tylko na papierze i w głowach dwóch młodych pasjonatów. Nie mieliśmy pieniędzy, siedziby, członków ani żadnego realnego wsparcia. Finansowaliśmy Związek z własnych kieszeni i poświęcaliśmy mu nasz wolny czas. Były to – jak stale w Polsce i polskiej historii – idealne składniki pewnej klęski lub niespodziewanego powodzenia. Pierwsze inicjatywy firmowane nazwą Związku – spotkania, konferencje – były w rzeczywistości inicjatywą nas obu lub Irka, ze wsparciem przyjaciół. Pierwsze składy zarządu organizacji były efektem zgody kolejnych członków Związku na pełnienie „na papierze” funkcji, którą de facto wypełniał nasz duet. Wszystko dla zachowania wymogów prawnych i uratowania młodziutkiej organizacji, która miała naszym zdaniem ogromny potencjał rozwoju, a na razie balansowała na granicy upadku. Irek wyłączył się z aktywnej działalności w Związku, kiedy upewnił się, że organizacja przetrwa, około 1999 r., aby intensywnie zająć się budowaniem kariery zawodowej i życiem rodzinnym. Jeszcze przez jakiś czas pojawiał się na naszych spotkaniach.

W galerii osób zasłużonych z tamtego okresu poczesne miejsce zajmuje śp. Janusz Kalinowski herbu Łuk Napięty, były ziemianin, absolwent SGH w Warszawie, filister korporacji akademickiej „Sarmatia”, żołnierz AK i powstaniec warszawski, który po wojnie osiadł w Trójmieście. Janusz Kalinowski był do śmierci w 1994 r. sekretarzem redakcji „Verbum Nobile”. Przejąłem wówczas od niego tę funkcję i pierwszą bazę adresową sympatyków. Od „Verbum Nobile” – kolejnego pomysłu I.S.Osińskiego, mógłbym rozpocząć historię Związku Szlachty Polskiej, ponieważ ta inicjatywa była wcześniejsza. Szumny podtytuł „Pismo Środowiska Szlacheckiego” to z jednej strony prawdziwa etykieta – nie było wówczas i nie ma nadal żadnego innego pisma szlacheckiego w Polsce. Z drugiej strony to smutny obraz rzeczywistości: kilku, a potem kilkunastostronicowa broszurka pełniła rolę organu prasowego środowiska liczonego (w teorii) w milionach. Wówczas własny komputer, drukarka czy strona internetowa stanowiły marzenia, których realizacja nastąpiła po wielu latach. Piszę o tym, aby uzmysłowić współczesnemu czytelnikowi, że początki były bardzo skromne. Nie czynię tego jednak, aby się pochwalić, czy poskarżyć. Moim celem i będę go tutaj wielokrotnie podkreślał, jest pokazanie jakim fenomenem jest Związek Szlachty Polskiej – organizacja powstała z entuzjazmu, wyrosła z wysiłku garstki ludzi, następnie wspierana przez stale rosnącą choć wciąż nieliczną jak na potencjał naszego środowiska grupę i trwająca do dzisiaj w niesprzyjających okolicznościach. I tak już od ćwierć wieku. W Polsce, w której fatum bezwzględnie rozprawia się z tym co powstaje z entuzjazmu i próbuje trwać, w której nie szanuje się instytucji i depcze autorytety, jednocześnie wzdychając do mitycznego Zachodu, który wspiera się na na tradycji, instytucjach i kulturze ewolucyjnego trwania – uważam,
że Związek zasłużył, aby w roku 25. urodzin nazwać go fenomenem, a jego trwanie – sukcesem.

„Verbum Nobile” powstało w 1992 r. Ukazywało się początkowo z pomocą finansową gdańskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Ziemiańskiego (PTZ). Powstanie Związku Szlachty Polskiej, który niesłusznie uznano za konkurenta PTZ oznaczało rozejście się obu grup – na szczęście nie na zawsze i nie we wrogości. Związek będzie utrzymywał kontakty z PTZ ze zmienną intensywnością i powodzeniem przez kolejne lata. Janusz Kalinowski, współzałożyciel „Verbum Nobile” łączył oba środowiska. Jego akcja promocyjna w formie listów rozsyłanych do przyjaciół rozsianych po całym świecie – szlachty, byłych ziemian, korporantów, kolegów z czasów studenckich i wojennych – była podstawą pierwszej bazy prenumeratorów pisma. Jego odejście było niepowetowaną stratą, tym większą, że nastąpiło kilka miesięcy przed powstaniem Związku Szlachty Polskiej.

Kolejnymi osobami z trudnego, początkowego okresu Związku, które chciałbym wspomnieć z szacunkiem są: śp. Waldemar Rekść herbu Leliwa, śp. Wacław Psiurski herbu Jastrzębiec i Andrzej Bogucki herbu Awdaniec. Pierwszy – oficer floty handlowej, stale
w misjach, które rzucały go po całym świecie, wspierał Związek ofiarnie od samego początku i był jego idei szczerze oddany. Zakochany w Wilnie – ojczyźnie swoich przodków, osiadł na stałe w Trójmieście, gdzie się spotkaliśmy. Był jednym z pierwszych, którzy złożyli
do Związku akces. Pan dr Andrzej Bogucki, bydgoszczanin z zamieszkania i pasji był jednym z pierwszych sympatyków i członków Związku spoza Trójmiasta. Ten historyk, miłośnik genealogii i heraldyki popularyzował Związek na Kujawach i w przyszłości stał się inicjatorem oddziału Związku łączącego ponad podziałami mieszkańców Torunia i Bydgoszczy.
Śp. Wacław Psiurski był także jednym z pierwszych przyjętych do Związku członków, pierwszym z Warszawy. Jego śmierć w 2001 r. była bolesnym ciosem dla organizacji. Był założycielem internetowej listy dyskusyjnej „Forum Szlachty”, która przyczyniła się do szerokiej popularyzacji Związku w Polsce i poza jej granicami. Z jego pomocą w 2001 r. Związek zarejestrował domenę internetową www.szlachta.org.pl, którą posiada do dzisiaj.
W. Psiurski wsparł budowę sieci kolportażu „Verbum Nobile” uzupełniając listę miejsc sprzedaży o stałe punkty w stolicy, co znacząco przyczyniło się do popularyzacji pisma
i organizacji.

Galerię czasów starożytnych Związku zamyka postać niezwykle ważna dla Związku przez cały okres mojej w nim obecności – to p. Waldemar Malinowski herbu Pobóg, artysta plastyk, były ziemianin z brasławszczyzny, znawca broni i barwy, heraldyk, erudyta. Jedna
z postaci, których zapewne nie trzeba przedstawiać, ale uczynię to z myślą o przyszłych pokoleniach członków Związku, którzy być może wezmą kiedyś do ręki ten tekst. Waldemar Malinowski dołączył do Związku w 1996 roku przy okazji wspólnych prac nad organizacją przedsięwzięcia z udziałem Związku Szlachty Polskiej w Dworze Artusa. Waldemar, którego przyjacielem miałem zaszczyt później zostać, występował wówczas pod auspicjami efemerycznej „Konfederacji Korony Polskiej” Krzysztofa ks. Radziwiłła. Po poznaniu idei Związku i jak stwierdził: „skoro młodzi ludzie uważają, że te ideały są dla nich nadal ważne
i potrzebne” – z radością i wzruszeniem zgłosił akces do Związku. Historia Waldemara Malinowskiego jest przy swojej wyjątkowości i wartości w szerszej perspektywie – dość typowa dla tamtych czasów i działań. Dołączali do nas ludzie, którzy nie pytali nas o to
co dostaną, jakie wiążą się z tym korzyści – bo tych po prostu nie było – ale jak mogą pomóc
i co trzeba zrobić. Im wszystkim – wymienionym i niewymienionym z nazwiska w tym tekście składam w tym miejscu moje podziękowanie i hołd. Lista zasług Waldemara Malinowskiego jest ogromna. Związek zawdzięcza mu swój znak i odznakę, „Verbum Nobile” – swoją pierwszą profesjonalną winietę i przez wiele lat, tak jak cały Związek i wszystkie jego wydawnictwa – oprawę graficzną. Oczywiście wszystko za darmo. Waldemar Malinowski był razem ze mną i Ireneuszem Osińskim współautorem deklaracji programowej Związku.
Ja zawdzięczam mu tysiące godzin rozmów, narad i krytyki, której ten Litwin o ciętym języku nigdy mi nie skąpił oraz wieloletnią przyjaźń – za co wszystko jestem mu wdzięczny. Jeżeli tak można powiedzieć, Związek zawdzięcza także Waldemarowi Malinowskiemu – Witolda Forkiewicza herbu Sas. Śp. Witold Forkiewicz, przyjaciel Waldemara dołączył do Związku wkrótce po nim i odtąd – początkowo jako szeregowy członek, potem członek Zarządu Głównego, wspierał go wytrwale, stanowiąc uosobienie spokoju, dobra i pokory – wartości nieocenionych w naszych gorących dyskusjach i sporach o to dokąd zmierzamy. Witold wprowadził do Związku po latach swojego syna Marcina, który walnie przyczynił się
do rozwoju organizacji w XXI w. jako aktywny członek władz.

Proszę pozwolić mi jeszcze na kilka nazwisk – których nie mogę pominąć, a wymienię chociaż skrótowo i wyrażę moje podziękowania. Pan Hank Magnuski herbu Awdaniec z USA – podarował nam w 1999 r. domenę „www.szlachta.org”, którą zarejestrował dla Związku,
a także miejsce na swoim amerykańskim serwerze, na którym, dzięki wsparciu zaawansowanych technicznie sympatyków Związku (na czele z p. R. Kręcickim – autorem pierwszej wersji strony) mogliśmy zainstalować nową stronę internetową Związku. Po krótkim kursie języka html zacząłem sam ją prowadzić. Początki internetowej obecności Związku sięgają 1997 r. i są dziełem innego Polonusa – Davida Zincavage (Zienkiewicza), który przygotował pierwszą informację o organizacji o zasięgu ogólnoświatowym na portalu Foundation for East European Family History Studies. Śp. Mieczysław Kopeć herbu Kroje był inicjatorem i założycielem pierwszego oddziału Związku Szlachty Polskiej w dalekim Wrocławiu (1999 r.). Wielce oddany idei Związku lekarz i społecznik rodem z Wilna otworzył tym samym ogólnopolski rozdział historii Związku Szlachty Polskiej. Pan Łukasz Lubicz-Łapiński to postać nietuzinkowa nawet na tle tak wyjątkowej galerii. Był jedną z tych nielicznych osób, która skontaktowała się z nami w początkowym okresie działalności Związku, sama ofiarowała pomoc, a następnie otrzymawszy zgodę i serdeczną zachętę,
od fundamentów zbudowała w Białymstoku najprężniejszy oddział Związku Szlachty Polskiej (zał. 2004 r.). To był przez lata nasz statek flagowy, z którego byliśmy dumni w Gdańsku, choć swój wielki sukces zawdzięczał nie nam, ale przede wszystkim Łukaszowi oraz jego zespołowi. Podlaska aktywność Związku to temat, który zasługuje na osobną, szeroką prezentację.
Ja napiszę tutaj tylko, że jestem szczęśliwy, że mogłem spotkać na mojej drodze Łukasza Lubicz-Łapińskiego, człowieka prawego, którego mam honor być przyjacielem, a którego wyjątkowa umiejętność zjednywania sobie ludzi, talent organizatorski oraz ogromna, erudycyjna wiedza na temat szlachty pogranicza Mazowsza i Podlasia zdecydowały o wielkim sukcesie podlaskiego oddziału stając się inspiracją dla innych oddziałów, ale także dla Zarządu Głównego.

Śp. Wacław Podbereski herbu Gozdawa odm. – kawalerzysta, uczestnik wojny 1939 r., żołnierz AK, był w latach 1999-2004 Prezesem Związku Szlachty Polskiej. Wacławowi Podbereskiemu zaangażowanemu społecznikowi i działaczowi ruchu spółdzielczego, a przy tym człowiekowi kryształowo uczciwemu, o przedwojennej oficerskiej prezencji
i samodyscyplinie, organizacja zawdzięcza przede wszystkim swój ówczesny ład organizacyjny i biurokratyczny. Początek XXI wieku był dla Związku okresem pierwszych plonów, po wieloletniej pracy u podstaw. Zaczęły powstawać struktury organizacyjne w całej Polsce, proces rozbudowy grona członkowskiego przybrał szybkie na niespotykaną dotąd skalę tempo i zasięg. Śmiem twierdzić, że bez żelaznej dyscypliny i ręki prezesa Podbereskiego nie bylibyśmy w stanie odpowiednio wykorzystać tego potencjału i nadążyć za skalą naszego rozwoju. Świadomość istnienia mocnych fundamentów organizacyjnych i pierwszego
w historii stabilnego składu Zarządu Głównego pozwoliło na realizację licznych nowych celów i znaczną rozbudowę struktury Związku w skali, która w dużej części przetrwała do dzisiaj.

Na koniec tej małej galerii postaci, którym Związek Szlachty Polskiej wiele zawdzięcza, chciałbym serdecznie podziękować wszystkim osobom, które dołączyły do Związku w czasach, których dotyczy ten tekst, a wobec których organizacja ma dług wdzięczności za ich owocne
i bezinteresowne zaangażowanie, za daninę czasu i pracy, które przyniosły wiele cennych inicjatyw i wielu nowych członków. Część z nich wymienię w części dotyczącej przeglądu głównych osiągnięć. Dziękuję także tym wszystkim, których nie wymieniłem z nazwiska,
w tym szczególnie tym, które już od nas odeszły lub odeszły ze Związku.

Na koniec dziękuję także moim krytykom i adwersarzom. Każda organizacja potrzebuje mądrej wewnętrznej opozycji, bez której nie może się rozwijać i obumiera albo zamienia się w towarzystwo wzajemnej adoracji. Osobom, których wymierzone we mnie personalne ataki
i działania doprowadziły do mojego odejścia ze Związku także dziękuję – ponieważ pomogli mi w podjęciu decyzji, która umożliwiła mi przeniesienie aktywności na inne obszary życia.

CEL I IDEA PRZEWODNIA

Określenie celu powołania i istnienia Związku Szlachty Polskiej od jego początków budziło duże emocje i już w tych początkach zdecydowało o odejściu sporej grupy współzałożycieli. Oczywiście, cele każdej organizacji wymienia statut, a w przypadku Związku opisaliśmy
je dodatkowo także w Deklaracji Programowej. Nie chciałbym tutaj przepisywać tych słów, które każde z Państwa może bez trudu odnaleźć na stronie internetowej organizacji. Chciałbym skupić się raczej na idei, która legła u podstaw pomysłu, a która później przyświecała naszym działaniom i którą rozwijaliśmy w procesie budowy podwalin Związku. Biorę za nią odpowiedzialność jako wieloletni członek Zarządu Głównego, w tym jego prezes. Napisałem o tej idei kilka tekstów, na czele ze swoistym manifestem programowym, który ukazał się
z okazji 10-lecia Związku w „Biuletynie Zarządu Głównego ZSzP” pt. „Po co Związek Szlachty Polskiej?”, a który w całości umieściłem na mojej stronie internetowej armaria.info (zapraszam do lektury).

Jesienią 1994 r., kiedy formowała się pierwsza idea Związku, żyliśmy w Polsce, która formalnie dopiero od niecałych 5 lat i po ponad 40 latach nie była już „Ludowa”, a jej herbem był ponownie Orzeł Biały w koronie. Nie było już (formalnie) cenzury ani służby bezpieczeństwa, propagandy komunistycznej ani „wrogów ludu”. Sytuacja społeczno-ekonomiczna rodzin szlacheckich była jednak nieporównywalnie gorsza zarówno od tej, jaką szlachta cieszyła się w momencie rozkwitu w wieku XVI, upadku Rzeczypospolitej Polskiej
u schyłku wieku XVIII., u zarania Republiki Polskiej w 1918 r., ale także dzisiaj, w początkach II dziesięciolecia XXI wieku, po trzech dekadach utrwalania niepodległego bytu i szybkiego rozwoju ekonomicznego.

Od początku przyświecał nam cel – aby szlachtę polską, formację ogromnie zróżnicowaną wewnętrznie, w dużej części anachroniczną i zupełnie rozproszoną, nie tworzącą żadnego środowiska, ani nawet grupy społecznej – zjednoczyć i wprowadzić w XXI wiek.
Cel ten chcieliśmy zrealizować w miarę możliwości z zachowaniem zalet szlachty jako rezerwuaru rodowej kultury, historii i tradycji, ale bez jej najgorszych wad – pychy, próżności, nieuzasadnionego przekonania o własnej wyższości wynikającej wyłącznie z urodzenia i zasług przodków, pogardy okazywanej nieszlachcie, która często kryła rzeczywiste kompleksy i brak zasług własnych. Dumna dewiza Związku „Ad maiora natus sum” (słowa św. Stanisława Kostki herbu Dąbrowa) nie miała być uzasadnieniem dla samozachwytu i poczucia wyższości,
ale imperatywem działania i to działania na szeroką skalę, ambitnie, ofiarnie i bez skupiania się na własnych korzyściach. Opisane zjednoczenie nie miało się odbywać w drodze centralizacji i ujednolicenia, co prowadziłoby nieuchronnie do porażki całego projektu, a w najlepszym wypadku – do powstania organizacji niszowej, gdzie większość szlachty nie widziałaby miejsca dla siebie. Od razu odrzuciliśmy ideę instalowania salonów intelektualnych dysput
na szlacheckiej wsi, czy odtwarzanie stylu życia szlachty ziemiańskiej w wielkomiejskich osiedlach. Związek miał opierać się na sieci regionalnych struktur, których działalność byłaby ściśle dostosowana do specyfiki danego miejsca. Genealogia i heraldyka miały mieć znaczenie drugorzędne. Bariera formalna na wstępie do Związku nie miała służyć tworzeniu wtórnej hierarchii – arystokratów, karmazynów i szlacheckich nouveau riche wywodzących swój klejnot „zaledwie” z XVIII-wiecznych nadań. Struktura Związku nie miała opierać się
na konkurencji zamożnych przedstawicieli wolnych zawodów ze szlacheckim proletariatem. Szlachta w Związku, równa sobie formalnie, miała konsolidować się przy okazji wspólnych projektów adresowanych do wewnątrz środowiska (samodoskonalenie) oraz na zewnątrz (praca dla narodu), aby potwierdzić sens swojego istnienia jako szlachty w XXI-wiecznych polskim społeczeństwie. Każdy wedle swoich możliwości. W efekcie – pragnący mocnych wrażeń estetyczno-intelektualnych członek Związku z dowolnego miejsca Polski mógłby doświadczyć ich korzystając z oferty oddziału wielkomiejskiego, a ten (lub ta), którzy czując zew krwi drobnoszlacheckiego czy ziemiańskiego przodka zechciałby posmakować blasków i cieni życia na wsi, czy weekendu w siodle albo ze strzelbą – kierowałby swoje kroki do oddziałów wiejskich. Wszystkie oddziały żyłyby normalnym, autentycznym życiem swoich członków – nie lepszych czy gorszych od innych, ale – podobnych lub odmiennych.

Wyznaczyliśmy sobie etapy naszego rozwoju. Pierwszy – miała stanowi

budowa struktur ogólnopolskich w możliwie szerokiej skali zarówno w formie oddziałów jak
i reprezentantów regionalnych, z uwzględnieniem licznych specyficznych i regionalnych odmienności. Ten etap wymagał także stworzenia od zera procedur weryfikacji szlachectwa, które z jednej strony nie pozwoliłyby na wejście w skład Związku szlachty „zachciankowej”,
z drugiej – nie stanowiłby bariery nie do przejścia dla rodzin bez wątpienia szlacheckich, które jednak z licznych powodów nie miałyby szansy na sprostanie zbyt wyśrubowanym wymogom formalnym. Drugi etap – to stworzenie i rozwinięcie form integrujących środowisko szlacheckie przede wszystkim lokalnie, a dopiero potem i to tylko w sposób dobrowolny
i drugorzędny – w skali kraju. Trzeci etap – wypracowanie mechanizmów wspierających inicjatywy ukierunkowane na samodoskonalenie szlachty jako środowiska aspirującego (a nie już posiadającego per se) do statusu części elity narodowej, a więc grupy czującej odpowiedzialność za całość (w tym nieszlachecką) oraz mającej ku temu realne, a nie tylko rzekome, historyczne czy emocjonalne podstawy – a więc mającej realny (dobry) wpływ na jego rozwój i dobrostan. Na tę część miały składać się liczne działania o charakterze samopomocowym, charytatywnym, edukacyjnym, kulturalnym itd. Czwarty etap to wyjście poza granice Polski czyli akces do struktur europejskich szlachty zorganizowanej w federacji CILANE. Kolejność i formy realizacji miały być ustalane w miarę rozwoju organizacji i oceny jej postępów i kondycji.

REALIZACJA, OSIĄGNIĘCIA

Śmiem twierdzić, że od momentu okrzepnięcia organizacji na początku XXI wieku, aktywność Związku była spora jak na zasoby finansowe i kadrowe, którymi dysponowaliśmy, a ponadto wykazywała stały wzrost. Aktywność adresowana do szeregowych członków
z czasem stała się udziałem głównie oddziałów, co od początku było naszym celem. Rozwój Związku spowodował, że z czasem, Zarząd Główny postanowił o utworzeniu w Gdańsku osobnego oddziału, aby skupić się na coraz bardziej wymagającej czasowo koordynacji działań w całej organizacji, na tworzeniu nowych obszarów tej aktywności oraz działalności promocyjno-reprezentacyjnej. Aktywność skierowaną do szeregowych członków lokalnego środowiska w Trójmieście przejął na siebie oddział gdański, a potem także na pewien czas – sopocki – analogicznie do innych oddziałów w Polsce. Ważną inicjatywą Zarządu Głównego już po powstaniu sieci oddziałów i reprezentantów regionalnych, były regularne Zebrania Prezesów i Przedstawicieli Regionalnych organizowane dwa razy do roku – raz w siedzibie Zarządu Głównego, drugi raz w siedzibie jednego z oddziałów regionalnych. Dwudniowe zebrania były cenną okazją do wymiany doświadczeń przez zarządu oddziałów, wzajemnej inspiracji oddziałów oraz wspólnego ustalania szczegółowych celów i priorytetów na kolejne okresy.

Za największy sukces tamtego okresu uważam rozwój liczebny i organizacyjny Związku. Co ważne, rozkwit Związku nastąpił około roku 2004, a więc po pierwsze był efektem pracy u podstaw wykonanej w poprzedniej dekadzie, a po drugie nie był już tylko ani głównie efektem fali entuzjazmu po upadku PRL, na której wypłynęło wiele organizacji powstałych
w latach 90. XX w. Wiele z tych organizacji kończyło swój żywot lub zamierało w połowie pierwszej dekady XXI w., kiedy Związek zaczął nabierać tempa i realnego kształtu.

Do początków roku 2009, kiedy odszedłem z organizacji, powstało 10 oddziałów regionalnych – w Białymstoku (I prezes, p. dr Łukasz Lubicz-Łapiński), Chełmie (I prezes,
p. Izabela z Czyżewskich h. Drya Michalska), Chojnicach (I prezes – p. Marcin Cisewski herbu własnego), Gdańsku (I prezes – P. Andrzej Wadowski-Pietrzkiewicz h. Ostoja), Grójcu
(I prezes – p. Andrzej Rola-Stężycki), Płocku (I prezes – p. dr Paweł Jelec h. Leliwa odm.), Sopocie (I prezes – p. Justyna Preyss h. Jastrzębiec), Krakowie (I prezes – p. Norberta
z Mocarskich h. Łada Mocarska-Tendera), Warszawie (I prezes – Krzysztof Bohdan Orłowski h. Lubicz) i Wrocławiu (I prezes – p. Mieczysław Kopeć h. Kroje). Dodatkowo – powołano ogółem 15 reprezentantów regionalnych: w Bydgoszczy (dr Andrzej Bogucki h. Awdaniec), Ciechanowie (p. Adam P. Pszczółkowski h. Szeliga), Katowicach (p. p. Zenon Sarosiek
h. Podkowa), Olsztynie (p. Sławomir Nieciecki h. Poraj), Ostrowi Mazowieckiej (p. Jan Szulborski h. Mora), Przemyślu (p. Jerzy Dwernicki h. Sas), Szczecinie (p. Andrzej Rychlicki h. Sas), Tarnowie (p. Łukasz Litwin) i przedstawicieli zagranicznych w: Kanadzie (p. Jerzy Łucki h. Sas), Niemczech (p. Mirosław Gutowski h. Ślepowron, p. Siegfried Johann
von Janowski h. własnego, p. Georg von Kopetz h. Kroje), Szwecji (p. Peter von Wrycza
h. własnego), Wielkiej Brytanii (p. Przemysław Skwirczyński h. Ślepowron) i w Ameryce Południowej (p. Tadeusz Chądzyński h. Ciołek).

Rozwój organizacyjny przełożył się na liczebność członków, a co za tym idzie – odczuwalne polepszenie stanu finansów Związku. Dzięki temu mogliśmy w lutym 2005 r. zainaugurować otwarcie pierwszej stałej siedziby Związku zlokalizowanej w zabytkowej części Gdańska, na rogu ulicy Grodzkiej i Rycerskiej. Związek stać było na wynajęcie kilkumetrowego pomieszczenia biurowego i stworzenie małej biblioteki. Jej zbiory, tworzone z darów i własnych zakupów, były odtąd udostępniane osobom zainteresowanym, również spoza grona Związku, w stałych godzinach dyżurów Zarządu Głównego oraz dodatkowo – po umówieniu się na wizytę. Oprócz zlokalizowanych na piętrze zabytkowej kamienicy biura i biblioteki, Związek dysponował małą salą na parterze, w której zorganizowano kilka spotkań i konferencji. Otwarcie własnego biura znacząco ułatwiło obsługę administracyjną Związku oraz umożliwiło podejmowanie gości z Polski i zagranicy. Biblioteka była pierwszą, drobną realizacją misji pracy dla ogółu społeczeństwa.

Pozwolę sobie pominąć wyliczanie stosunkowo licznych inicjatyw Związku oraz przede wszystkim oddziałów Związku z tego okresu. Internetowa Kronika Związku wyręcza mnie
w tym zadaniu. Takie wydarzenia jak stworzenie legitymacji członkowskiej, czy oznaki Związku można uznać za standardowe elementy działalności każdej organizacji. Warto jednak dodać, że oba te przedmioty były specjalnie zaprojektowane przez członka władz, artystę-plastyka p. Waldemara Malinowskiego i wykonywane ręcznie – legitymacja na papierze czerpanym i oprawna w grubą, skórzaną okładkę z wyciśniętym znakiem Związku, oznaka wpinana w ubranie – ze srebra. To były drobne sukcesy na tamtym etapie działalności, z których byliśmy dumni. Dużym sukcesem było nawiązanie wzajemnie życzliwego kontaktu z p. Izabelą hr. Sierakowską-Tomaszewską. Nie przeceniając naszej roli, można stwierdzić, że fakt ten miał wpływ na to, że podczas tworzenia nowego oddziału Muzeum Narodowego w Gdańsku
w dawnym pałacu Sierakowskich w pomorskim Waplewie – nadano mu nazwę Muzeum Tradycji Szlacheckiej. Podczas spotkania inaugurującego powstanie Muzeum, Zarząd Główny wraz z hrabianką Sierakowską oraz pierwszym dyrektorem tworzonego Muzeum podpisali porozumienie o współpracy.

Do sukcesów w ramach realizacji pierwszego etapu strategii Związku należy zaliczyć także utworzenie zespołu konsultantów Zarządu Głównego, czyli ekspertów genealogicznych i heraldycznych legitymujących się specjalistyczną wiedzą dotyczącą szlachty wywodzącej się z poszczególnych dzielnic historycznych Rzeczypospolitej. Stworzyliśmy podstawy procedury weryfikacyjnej szlachectwa na potrzeby rekrutacji. Pierwsza wersja daleka od doskonałości nie pozwoliła nam uchronić się przed przyjęciem do Związku osób, których szlachectwo było fikcyjne. Po kilku latach przeprowadziliśmy szeroką akcję weryfikacyjną, która doprowadziła do wystąpienia lub skreślenia ze Związku osób, które nie powinny się w nim znaleźć z powodu braku szlacheckiego pochodzenia. Procedura weryfikacyjna podlegała dalszym korektom
i reformom w celu jej optymalizacji, w ścisłej współpracy z konsultantami.

Realizacja drugiego etapu strategii wieloletniej Związku, czyli integracja wewnętrzna na poziomie lokalnym rozpoczęła się także w opisanym okresie. Większość zasług na tym polu należy do oddziałów regionalnych i reprezentantów, którym (oraz ich następcom) składam
w tym miejscu podziękowania, wyrazy uznania i szacunku. Na inicjatywy ogólnopolskie było wówczas za wcześnie, natomiast rozpoczęło się zjawisko wzajemnych odwiedzin i bywania przez pojedynczych członków danego oddziału lub członków niezrzeszonych, na wydarzeniach organizowanych przez inne oddziały. Przedstawiciele zarządu głównego i niektórych zarządów oddziałów Związku wedle swoich możliwości odwiedzali ważne wydarzenia dotyczące szeroko rozumianej kultury szlacheckiej – zjazdy rodzinne i rodowe, targi wydawnictw
i przedmiotów związanych z kulturą szlachecką – promując ideę Związku i kaptując nowych sympatyków. Do udanych i chwalonych inicjatyw należała edycja „Biuletynu Zarządu Głównego” przesyłanego pocztą do wszystkich członków, a także inicjatywa „Informatora adresowego Związku” – także rozsyłanego do członków. Pierwszy numer Biuletynu ukazał się 1 lipca 2002 r. Do 2008 r. wydano łącznie 12 numerów (w tym 1 specjalny w 2005 r. z okazji Walnego Zebrania Członków ZSzP w Warszawie) rozsyłanych dwa razy w roku z okazji Świąt Bożego Narodzenia i Wielkanocy. Inicjatywa „Informatora adresowego”, nawiązywała do przedwojennych almanachów towarzyskich i miała stanowić wstęp do wydawania corocznego herbarza członków Związku na wzór podobnych wydawnictw publikowanych m.in. przez francuskie towarzystwo szlacheckie. Informator miał na celu ułatwienie integracji wewnętrznej Związku, w którym pomimo rozwijającej się prężnie sieci oddziałów i reprezentantów – większość członków nadal nie była zrzeszona w oddziałach i pozostawała poza ośrodkami aktywności Związku.

Największym sukcesem z dziedziny promocji był debiut Związku w programie wyemitowanym w pierwszym programie telewizji publicznej w godzinie wysokiej oglądalności – w osobach Ł. Lubicz-Łapińskiego (w roli eksperta z dziedziny genealogii i heraldyki) oraz M. M. Wiszowatego i W. Malinowskiego (przedstawicieli zarządu głównego jedynej ogólnopolskiej organizacji zrzeszającej przedstawicieli środowiska szlacheckiego). Sukcesem na tym etapie działalności było utrwalenie wizerunku Związku jako poważnej, a nawet poważanej organizacji społeczno-kulturalnej dla współczesnej szlachty, w odróżnieniu
od wciąż popularnych organizacji uzurpatorów lub grup rekonstrukcyjnych.

Praktycznie nie rozpoczęliśmy realizacji etapu trzeciego, na który wówczas było jeszcze za wcześnie. Nie powstała fundacja charytatywna Związku, ani stypendia dla młodzieży finansowane przez Związek. Sytuacja finansowa nie pozwalała na takie inicjatywy.

Udało się nam jednak rozpocząć na pewną skalę realizację etapu czwartego. Nawiązaliśmy kontakty z organizacjami szlacheckimi zagranicą – przede wszystkim w naszej części Europy, a także rozpoczęliśmy działania, które zmierzałyby do poinformowania
o naszym istnieniu federacji CILANE i ustalenia możliwości i warunków akcesu w przyszłości do tego prestiżowego środowiska. Dorobkiem pierwszego okresu są na pewno liczne opracowane w warstwie projektowej inicjatywy, które miały czekać na swoją organizację
w przyszłości: bale karnawałowe dla członków Związku, program stypendialny dla zdolnej młodzieży, sztandar Związku, ceremoniał Związku, herbarz członków Związku, kodeks honorowy Związku i inne, o których wspomnę poniżej.

PROBLEMY, BOLĄCZKI, NIEPOWODZENIA

Skala sukcesu, jaki nastąpił była poważnym testem możliwości osobowych
i finansowych Związku. Do pewnego momentu byliśmy w stanie kontrolować dynamiczny rozwój organizacji skromnymi siłami kilkunastu bardzo aktywnych osób w skali kraju
i zagranicą oraz kilku w zarządzie głównym, bazując na entuzjazmie i poczuciu satysfakcji
z czasu poświęconego na pracę społeczną, kosztem innych życiowych aktywności. Dalszy, dynamiczny rozwój Związku, dotarcie do bardziej wymagających kandydatów, którzy mogliby dodatkowo przyspieszyć rozwój organizacji, zapewnić jej konieczne środki finansowe,
ale także odpowiednią promocję i obsługę – wymagał dużych inwestycji i zasobów osobowych. Tymczasem, zasoby te były skromne i szybko topniały w miarę rozwoju organizacji.

Typowe bolączki organizacyjne tamtych czasów to: zbyt powolny jak na ambitne plany rozwój bazy członkowskiej, brak dostatecznych funduszy i finansowania zewnętrznego,
czy tzw. kapitału żelaznego, niepełna ściągalność składek, brak własnej odpowiednio przestronnej siedziby, a przede wszystkim deficyt osób gotowych do zaangażowania
i aktywnego wsparcia Związku posiadających przy tym odpowiednie kwalifikacje
i uzdolnienia, wreszcie – nadreprezentacja członków zaawansowanych wiekiem w porównaniu z członkami młodymi, którzy mogliby aktywnie wesprzeć Związek i wzmocnić jego rozwój.

Kilku problemom chciałbym poświęcić nieco więcej uwagi.

Nie udało się nam wypracować form aktywności, które pozwoliłyby na jednoczesną integrację oraz promocję środowiska szlachty zorganizowanej w Związku – poza heraldyką
i genealogią, która stanowiła zawsze atrakcję tylko dla mniejszości członków. Genealogia przyciągała tylko jedną, bardzo specyficzną grupę kandydatów poszukujących w Związku pomocy w przeprowadzeniu badań genealogicznych własnej rodziny bez zainteresowania innymi aktywnościami i bez gotowości innego zaangażowania.

Nie powiodły się próby integracji w postaci stworzenia salonów dyskusyjnych – miejsca integracji szlachty mającej ambicje intelektualne wokół ważnych idei, nośnych tematów, czy szeroko rozumianej kultury i problemów społecznych, aby tak wykształcony i wypracowany głos środowiska trafił dalej i szerzej. Nie wynikało to z braku zainteresowania czy niechęci szlachty do samodoskonalenia się i samopomocy, ale z braku odpowiednich zasobów kadrowych – animatorów takich działań oraz prelegentów. Tematykę spotkań tworzono zazwyczaj ad hoc, wedle możliwości i aktualnej dostępności prelegentów.

Początkowy entuzjazm dla budowania oddziałów terytorialnych w ścisłym związku
i z szacunkiem dla ich specyfiki regionalnej zderzył się z realiami Polski postkomunistycznej, w której szlachta (poza wyjątkowymi obszarami Kaszubszczyzny, Mazowsza czy Podlasia)
w większości utraciła tożsamość regionalną i mieszkając na obcym rodowodowo terenie, nierzadko należąc do rodzin ekspatriantów z innych terenów – odkrywała dopiero
lub odbudowywała nadal swoją tożsamość nie tylko szlachecką, ale wręcz – personalno-rodzinną. Takie grupy i obszary generują największe ryzyko pozostania na etapie szlacheckiej rekonstrukcji historycznej bez przejścia do etapu określania i realizacji zadań szlachty w XXI wieku.

Zapewne niskie zasoby finansowo-osobowe zdecydowały o znikomej aktywności wydawniczej Związku. „Verbum Nobile” ukazywało się niezwykle rzadko. Nie zrealizowano planów powołania oficyny wydawniczej Związku, która mogłaby publikować wartościowe pozycje dotyczące szeroko rozumianej kultury szlacheckiej. Nie udało się powołać – niewątpliwie potrzebnego – periodyku naukowego dotyczącego kultury szlacheckiej, który stanowiłby realizację misji naukowej Związku wchodząc z czasem na listę czasopism punktowanych ministerstwa nauki.

Na zakończenie należy wspomnieć przykre, ale dość częste, dodatkowo wzmacniane specyfiką współczesnych konsumpcyjnych czasów, zjawisko szlacheckiej pychy i próżności wynikającej z własnej genealogii. Okazało się, że nawet w gronie wyłącznie szlacheckim, które miało być odporne na przypadki „snobizmu” i epatowania herbami i parantelami wobec faktu, że wszyscy je posiadają – nierzadkie są przejawy poczucia wyższości względem herbowych pobratymców. To zjawisko miało wyjątkowo negatywne konsekwencje, jeżeli było wymierzone w osoby spoza Związku i spoza szlachty. Inny problem to postawa roszczeniowa, skrajnie sprzeczna z postawą szlachetności jako bezinteresowności, która wpływała zawsze na umniejszenie potencjału i aktywności Związku poniżej jego aktualnego potencjału osobowego. Grono członków biernych oczekujących raczej na zorganizowanie im licznych, atrakcyjnych aktywności w zamian za opłacaną składkę niż oferujących pomoc i włączających się
do działania, przeważało nad osobami autentycznie zaangażowanymi w realizację wspólnego dobra i misji Związku. Ta cecha chyba każdego stowarzyszenia w Polsce zawsze martwiła nas w odniesieniu do organizacji szlacheckiej.

Za porażki i niepowodzenia odpowiada oczywiście także Zarząd Główny ze mną na czele. Uczyłem się trudnej sztuki zarządzania stosunkowo dużą, stale rosnącą ogólnopolską organizacją na bieżąco, głównie metodą prób i błędów. Na początku nie posiadałem w tym zakresie żadnego doświadczenia, ani przygotowania profesjonalnego, co na pewno wpłynęło na popełnianie błędów i odniesione porażki. Zdobyte wówczas doświadczenia okazały się cenne i pomogły mi na kolejnych etapach mojej już zawodowej kariery.

ZAMIAST PODSUMOWANIA

Mój organizacyjny testament kierowany do przyszłych władz i członków Związku zawarłem we wspomnianym już artykule „Po co Związek Szlachty Polskiej?” z 2005 r. Chciałbym na zakończenie zacytować jego konkluzje – jako podsumowanie niniejszego tekstu. Uważam, że zachowały w pełni swoją aktualność – ale nie dlatego, że chciałbym Związkowi Szlachty Polskiej w obecnym jego kształcie i stanie cokolwiek zarzucić, ale dlatego,
że odwołują się do wartości niezmiennych i mogą być stałym kryterium oceny aktualnej kondycji organizacji szlacheckiej. Z satysfakcją w działalności Związku po moim odejściu odnalazłem – przynajmniej częściowo – dalszą realizację naszej strategii, w tym inicjatywy, których nam nie udało się zrealizować. Dostrzegam też podobne do naszych bolączki i porażki. Widzę wreszcie częściowe odejście od naszej strategii, z czym mogę się nie zgadzać, ale muszę zaakceptować jako osoba pozostająca już poza organizacją. Co ważne – stale życzę Związkowi jak najlepiej i cieszę się z jego sukcesów.

Ponownie, serdecznie dziękuję Panu Michałowi Korsakowi, Prezesowi Związku Szlachty Polskiej, za zaproszenie na łamy „Verbum Nobile” i za możliwość przedstawienia mojej wersji opisu początków Związku Szlachty Polskiej. Życzę Związkowi, jego władzom
i członkom – mądrości i rozwagi, odważnych planów i środków do ich realizacji, które zapewnią organizacji wspaniały rozkwit, ale przede wszystkim będą szansą na godną kontynuację najlepszych tradycji szlachty Rzeczypospolitej w formach dostosowanych do XXI wieku. Te tradycje w pełni na to zasługują.

„ Czy więc organizacja szlachecka jest potrzebna? I komu jest ona potrzebna? Odpowiedzi są dwie:

TAK. Jest potrzebna, jeśli istnieje środowisko szlacheckie lub chociaż szansa na jego odbudowę. Środowisko istnieje, jeśli są ludzie, którzy je tworzą. A szlachta to nie tylko genealogia i już nie przywileje polityczno-ekonomiczne. Pozostały wartości, trudne
do wypełniania w dzisiejszych czasach – nastawionych na karierę, samolubnych, zmaterializowanych i zeświecczonych. Dlatego tak śmieszą uzurpatorzy, którzy używają emblematów szlacheckości, aby poczuć się szlachtą. Ale już nie śmieszy szlachta, która
na owych emblematach poprzestaje. Nieskora do współpracy, do działania w interesie ogółu, który stawiałaby ponad własnym, partykularnym dobrem. To gorsze niż uzurpacja. To swoista wtórna uzurpacja, która niczym wtórny analfabetyzm ludzi z dyplomem wyższych studiów – dotyka szlacheckich szeregów. Środowisko szlacheckie istnieć może dzięki tożsamości opartej na wartościach, świadomości swojej roli w społeczeństwie i usilnej pracy nad realizacją owego programu. Hasła najpiękniejsze stają się pustym sloganem, jeśli na hasłach się poprzestaje.

NIE. Nie jest potrzebna organizacja szlachecka, jeśli umarła lub umiera idea szlachty – środowiska ludzi świadomych nie tyle swoich korzeni (bo genealogią interesują się dzisiaj wszyscy), ale obowiązków wynikających z noszenia nazwisk historycznych, nazwisk, które kiedyś noszone były przez ludzi, dla których słowa: ojczyzna, honor, patriotyzm, godność, bezinteresowność, służba – miały sens pojmowany intuicyjnie, wypełniany odruchowo
i naturalnie – bez konieczności wykładów, budzenia świadomości czy dydaktyki. Nie jest szlachcicem człowiek w żupanie czy z sygnetem na palcu. Szlachta to krew i czyny”.