Wspomnienie Mirosławy Saryusz-Wolskiej, pisane miłością… (cz. 1)

Wspomnienie Mirosławy Saryusz-Wolskiej, pisane miłością… (cz. 1)

MATUŚ
(tak zawsze zwracałam się do Mamy)

Moja matka urodziła się dn. 1 XI 1895 r. w majątku Rykoszyn koło Kielc w rodzinie ziemiańskiej. Rodzice: Jan Korwin- Milewski i Helena z Jastrzębiec- Kozłowskich po paru latach przenieśli się do majątku Hutki k/ Częstochowy.

Hutki były tym miejscem na ziemi, które mama zawsze wspominała ze łzami i tęsknotą. Dwór w którym przetrwały w czasach niewoli najszlachetniejsze polskie tradycje, kultura, znajomość ojczystej historii. Bastion miłości do Boga, miłości rodzinnej, miłości do wszystkich ludzi, rodaków (babcia po kryjomu uczyła wiejskie dzieci – za co groził Sybir), miłości do ojczystej ziemi, przyrody. Tu mogły się najpełniej wychowywać wspaniałe osobowości, charaktery, bohaterowie.

Rodzina była liczna: 1 córka i 5 synów.

Z dziada pradziada członkowie rodziny służyli Bogu i Ojczyźnie i w każdym niemal pokoleniu składali ofiary z życia.

Pradziadek mamy ze strony matki, Aleksander Grzegorzewski był podczas Wiosny Ludów w 1848 r. dyktatorem Krakowa i mimo, że był to zabór austriacki (zaborcy porozumiewali się między sobą), został wydany w ręce rosyjskie. Przez kilka lat przykuty do taczek, musiał pracować w kopalni miedzi (gdzieś na Kaukazie), potem osadzony na 10 lat na Syberii, samotnie w leśnej lepiance. Najbliżsi koledzy niedoli byli oddaleni o 10 km i tylko raz na rok wolno było z jednym się zobaczyć i to co rok z innym. Raz na miesiąc przywożono im suchary i krupy, „mięso” musieli sobie upolować w lesie. Po odbyciu tej kary, przywieziono dziadka do kraju, do Czerska, skąd nie wolno było się ruszać na krok i co tydzień się meldować. Po tylu latach katorgi był tak schorowany, że nie mógł już znieść towarzystwa ludzi i wkrótce zmarł. Żona jego została w 1848 r. sama z 5 małych dzieci. Sabina z Gostkowskich Grzegorzewska była w swoich czasach znaną pamiętnikarką i z tej pracy literackiej zdołała wychować dzieci, bo wszystkie dobra materialne skonfiskowano. Najmłodszy syn Ignaś (15 lat) w czasie Powstania Styczniowego został schwytany w łapance ulicznej w Warszawie i zamknięty ze wszystkimi złapanymi w kościele podczas 30 st. mrozu na całą noc. Zaziębił się tak bardzo, że dostał galopujących suchot i zmarł.

Pradziadek mamy ze strony ojca, Wiktor Korwin – Milewski był senatorem podczas Sejmu Czteroletniego, na którym uchwalono Konstytucję 3 Maja. Był właścicielem klucza folwarków koło Łomży: Grzędy, Jedwabne, Brudki, i inne. Miał 10 dzieci. Wiem to z opowiadań mamy, która słyszała to od swych babek. Tak przekazywano dzieje rodzin.

Wróćmy do rodzinnego domu mamy.

Wszystkie dzieci kończyły szkoły średnie polskie, prywatne w Częstochowie. Mama – pensję dla dziewcząt p. Garzteckiej. Chłopcy uczyli się i marzyli, by móc walczyć o wolność Ojczyzny. Mama już jako mała dziewczynka oświadczyła swej matce: „ja będę żoną polskiego oficera!”

Babcia wcześnie zmarła, osierociła gromadkę swych dzieci. Na majątek Hutki przyszła seria kataklizmów: pożar akurat po żniwach, spłonęły wszystkie plony ( podpalenie przez niedorozwiniętego syna wieśniaka ), pomór na bydło ( nieuczciwy sąsiad wstawił do stajni swego chorego konia ). Po tych stratach już nie dało się podnieść majątku z ruiny, dziadek musiał sprzedać Hutki i przenieść się do Warszawy do kuzynów. Ile to kosztowało bólu i łez opuszczać gniazdo rodzinne !

Hutki. Maria Korwin-Milewska z 5-bracmi i rodzicami.

Było to tuż przed I Wojną Światową. Dziadek pracował w instytucjach miejskich. Mama nieraz przypominała czasy I Wojny Światowej. Straszny głód w Warszawie po wejściu Niemców w 1915 r. Na ulicach spotykało się leżące spuchnięte zwłoki ludzi zmarłych z głodu. Dziadek jak mógł tak się starał o żywność dla rodziny, ale nic nie można było dostać. Na garnek zupy dla 10- osobowej rodziny można było wsypać tylko parę łyżek manny. Ziarnka kaszy trzeba było dobrze wypatrywać na łyżce.

Mama wspominała r. 1918, gdy wojsko polskie wkraczało do Warszawy, ten wielki entuzjazm ludności, okrzyki: „Nasi, wreszcie nasi”, łzy radości po tylu latach niewoli.

Wspominała r. 1920, gdy zbliżała się do Warszawy straszna nawała bolszewicka. Wszyscy młodzi mężczyźni poszli na front, reszta ludności dniami i nocami leżała krzyżem w kościołach, błagając Boga o ratunek i zmiłowanie. I stał się cud.

Bracia mamy należeli do tajnej Polskiej Organizacji Wojskowej ( POW ), by się wyszkolić, przy pierwszej sposobności wstąpić do wojska i walczyć za Polskę. Żaden z 5-ciu braci nie umarł własną śmiercią. Trzech zginęło w 1920 r., dwóch w czasie II Wojny Światowej.

Najstarszy Aleksander, wracając z Ameryki z armią generała Hallera ( wyjechał z kraju, by nie iść do wojska rosyjskiego na 25 lat ), zatonął z okrętem u brzegów Italii. Drugi Eustachiusz ( najbardziej przez mamę kochany) ranny w potyczce z Moskalami w 1920 r. pod wsią Rajsk na Podolu, niesiony na noszach przez żołnierzy, został schwytany i jako oficer dobity przez bolszewików. Grobu jego nigdy nie można było znaleźć. Zawiadomił rodzinę plutonowy 10 komp. Grodzieńskiego Pułku Piechoty, Franciszek Jedynak i tak opisał tę śmierć.

„Śmierć ppor. Eustachiusza Milewskiego, dowódcy 10 kompanii Grodzieńskiego Pułku Piechoty, dnia 29 lipca 1920 r.”

„Pod wsią Rajskiem wiem to było,
Gdy się z Moskalami biło.
Trzymaliśmy się przy torze,
Aż tu nagle, mocny Boże,
Wróg miał całkiem większe siły,
Które na nas uderzyły.
My się bierzem do odwrotu,
Jakby z błyskawicą lotu.
Wtem kula jakaś nieszczera
Raniła nam oficera.
Więc go kilku ratujemy,
Za naszymi go niesiemy.
Było to już po próżnicy,
Bo przed nami bolszewicy.
„Brosi pulimiot” krzyczeli,
Myśląc, że myśmy go mieli.
My stajemy zasmuceni,
Ze wszystkich stron otoczeni.
Zdajemy się do niewoli –
Gdy to wspomnę – serce boli.
Nas na tyły swe pognali,
Oficera wziąść nie dali,
Tylko nad nim się schylali,
Buty, mundur pościągali.
A co więcej z nim zrobiono,
O tym już nam nie wiadomo.
Lecz pierś od kuli przeszycia
Pewno pozbawiła go życia.
Bohaterską śmiercią ginie.
Był odważny zawsze w czynie,
Zawsze dzielnie prał Moskali,
„Odważnym” go chłopcy zwali.
Szkoda więc podporucznika,
Co nie bał się bolszewika.
Był nim znany pan Milewski,
Boże, żywot daj niebieski!
Zatem, cześć ci oficerze,
Co dałeś życie w ofierze.
W obronie Polski i wiary,
Padłeś od kuli psia wiary.
Dziś Polska wolniej oddycha,
Choć zgraja wrogów wciąż czyha.
Lecz jej wierne polskie dzieci
Nie dopuszczą w kraj nasz śmieci.”

Trzeci brat Jan, zginął w walce na bagnety pod Grodnem dnia 31 lipca 1920 r. i został pochowany w zbiorowej mogile (300 żołnierzy) nad Niemnem. Czwarty Wiktor, także oficer, zginął w Powstaniu Warszawskim w 1944 r. wraz z żoną i czwórką dzieci. Piąty Kornel, inwalida kontuzjowany w 1920 r., aresztowany przez Gestapo w Grodzisku Mazowieckim (pracował dla AK) w 1943 r. zginął zamordowany w Majdanku.

Cała dalsza rodzina, bardzo liczna, zginęła w Powstaniu Warszawskim. Nikt nie ma własnego grobu.

Mój ojciec , Stefan Saryusz – Wolski ur. 25 .IV. 1898 r. w Warszawie, syn Mieczysława i Marii z Kasprzyckich, wnuk powstańca 1863 r. Aleksandra Wolskiego – był kolegą braci mamy w P.O.W . i przez to rodzice się poznali. W latach 1919 – 1921 był na froncie Litewsko – Białoruskim (Mszana, Sambor, Lwów, Mińsk, Połock) i stamtąd pisał listy do narzeczonej. W 1921 r. brał udział w Powstaniu Górnośląskim. Służył w 21 pułku piechoty w Warszawie.

Gdy nastał pokój rodzice pobrali się w 1922 r. w Warszawie. Mama pracowała wtedy w Banku Handlowym w Warszawie. Mieszkali początkowo na ul. Wroniej w mieszkaniu dziadka i tu urodziłam się w 1926 r. Niestety, mama po przeżyciach wojennych (wciąż bolała z powodu śmierci ukochanych braci) i latach głodu zachorowała na gruźlicę, gdy miałam zaledwie 10. miesięcy. Nie pamiętam zdrowej. Rodzice bardzo się kochali, dom był przykładem małżeńskiej i rodzicielskiej miłości, cieniem kładła się tylko ciągła troska o zdrowie mamy.

Mirosława w mieszkaniu na Cytadeli 1932r.

Gdy miałam 2 lata tata dostał mieszkanie w Cytadeli Warszawskiej, gdzie stacjonował 21 pułk piechoty „Dzieci Warszawy”. Tu było lepiej dla zdrowia mamy, bo więcej zieleni, wały obronne oddzielały od ruchu miejskiego, obok płynęła Wisła, cisza i bezpieczeństwo. – Stąd mam najmilsze wspomnienia pierwszych lat dzieciństwa, lat kształtowania charakteru i postaw życiowych. Zawsze słyszałam od rodziców, że po Bogu największą wartością na ziemi jest Ojczyzna. Jej należy się miłość, ofiarny trud, a w razie potrzeby i krew. Ludziom zaś należy się życzliwa służba.

mjr Stefan Saryusz-Wolski. Ojciec Miroslawy

W 1935 r. mój ojciec, po awansie na stopień majora, został przeniesiony do 42 pułku piechoty w Białymstoku. Ciężkie było rozstanie z rodzinną Warszawą i rodziną tam mieszkającą. Już po przybyciu na dworzec kolejowy, Białystok nie podobał się mamie – miała przeczucie, że tu spotka nas jakieś nieszczęście.

W niecałe cztery lata wybuchła wojna. 4 września 1939 r. tata odjechał na front. Zostałyśmy same w obcym mieście. Odchodząc, chociaż miałam tylko 13 lat, oddał mi pod opiekę chorowitą mamę. Uważałam to zawsze za jego testament, od razu musiałam dorosnąć i zrozumieć, jak trudne jest życie.

Wyglądałyśmy przez okno. Tata poszedł równym, żołnierskim krokiem, nie oglądając się. Co czuł ? Nie widzieliśmy się więcej.

Po 17 września 1939 r. i wkroczeniu wojsk radzieckich do Białegostoku, wyrzucono nas z mieszkania, jako rodzinę oficera, w ciągu kilku godzin. Przyszli sowieccy żołdacy przyprowadzeni przez tutejszych Żydów i kazali się wynosić na bruk. Mama zemdlała, ja patrząc na to dostałam jakiegoś szoku, który zaważył na zdrowiu całego życia. Mieszkańcy sąsiednich domów ( było to na ul. Fabrycznej róg Poleskiej ) wynosili rzeczy, aby prędzej, by nic nie zostawić sowietom. Nieopodal wynajęto nam pokoik, ale nie było tam bezpiecznie. Z rzeczy wtedy wyniesionych część wróciła do nas, część – nie.

W tym czasie wrócili z frontu podoficerowie, których sowieci puścili do domu, zatrzymując oficerów. Od nich dowiedziałyśmy się, że ojciec został wzięty do niewoli sowieckiej w okolicach Kowla i przez Szepietówkę wywieziony w głąb Z.S.R.R. Opowiadano, że nim minęli granicę kraju, każdy zjeńców ucałował ojczystą ziemię i wziął do kieszeni jej grudkę, by czuć się bliżej na wygnaniu.

Tylko dzięki temu, że życzliwy ojcu podoficer znalazł nam koło siebie lokum na przedmieściu, gdzie nikt nas nie znał, uniknęłyśmy wywiezienia na Sybir. Całe miesiące nie można było wyjść z domu, by ktoś nie poznał i nie doniósł o miejscu naszego pobytu. Był to mały, jednorodzinny domek z ogrodem. Rodzina pani nauczycielki – katechetki, pewna i życzliwa. Znalazłyśmy się tam już 13 listopada 1939 r. Żyło się ze sprzedaży rzeczy, które zostały. W ogrodzie uprawiało się „swoje” warzywa. W zimie warunki mieszkaniowe były prawie syberyjskie. Dom bardzo stary, zapadnięty w ziemię. Podczas mrozów na ścianach wewnętrznych osiadał szron, a opału było mało. Nogi i ręce miałyśmy poodmrażane. Każda nadchodząca zima to straszny lęk – czy mama przetrzyma takie warunki.

Pierwsza kartka od ojca ze Starobielska była pisana dn. 28 listopada 1939 r., następne: w końcu grudnia, w lutym i marcu 1940 r. Potem korespondencja się urwała. W kartkach tych ojciec pisał, że jest zdrów i nic mu nie trzeba ( cenzura ), wyrażał tylko tęsknotę i niepokój o nasz los oraz oddawał nas pod opiekę naszej Częstochowskiej Królowej. Był wielkim czcicielem Matki Bożej i zawsze nosił przy sobie różaniec. W ostatniej kartce pisał, że nie wie kiedy i skąd będzie mógł napisać następny list , gdyż zaczynają wywozić jeńców grupami z obozu w nieznanym kierunku.

Od początku 1940 r. już słyszało się pogłoski o przygotowywanym wywożeniu na Sybir „wrogów narodu”. Noce około 10 lutego, 13 kwietnia oraz w czerwcu 1940 i 1941 r. spędzałyśmy na strychu w zawieszonej starymi szmatami komórce. Każdy przejeżdżający samochód wzbudzał lęk, czy się tu nie zatrzyma.

Naturalnie nie byłyśmy zameldowane. Mama miewała straszne ataki migreny. Traciła wtedy prawie przytomność, miała wymioty, wyglądała na umierającą. Opatrzność Boża sprawiła, że właśnie w czasie takiego ataku przyszedł enkawudzista sprawdzić, kto mieszka w tym domu i czy jest zameldowany. Napisał „sprawku” do urzędu: „Obnarużył żenszczynu z doczeriu bez propiski po słuczaju boleźni. Tak i pochoronit nie lzia ”. Dzięki temu wydano szybko dowód zameldowania bez dodatkowych pytań.

Po wejściu Niemców w 1941 r. odetchnęło się na parę dni – nie było już zmory wywózki, ale zaczęły się inne represje. Znów trzeba było się ukrywać, by nie wywieźli na roboty do Niemiec ( brali dzieci od 13 lat ).

Nasza gospodyni, jako nauczycielka, była zaangażowana w tajne nauczanie zorganizowane przez AK. W naszym domu była „szkoła” przez lata 1941/ 42 i 1942/ 43. Trzeba było drżeć, by Niemcy się o tym nie dowiedzieli. Ja także, choć miałam tylko 15 lat ( przed wojną byłam w I klasie gimnazjum ), uczyłam klasę III i IV, naturalnie pod kierunkiem naszej kwalifikowanej nauczycielki. Mama podczas lekcji pilnowała w oknie, czy nie idzie ktoś niepowołany. Przy sposobności mogłam trochę zarobić na chleb ( suchy ), bo rzeczy możliwe do sprzedania kończyły się.

Jedna z uczennic przynosiła co dzień na lekcje 1 litr mleka ( rodzice mieli krowę ).

Mama chorując coraz bardziej, wciąż myślała o ojcu i jego losie. Odkrycie Katynia przez Niemców było straszną wieścią, ale jeszcze istniała słaba nadzieja, że może w Starobielsku było inaczej. Z czasem, znając naszych wschodnich sąsiadów, trzeba było sobie zdać sprawę, że byli zdolni wszystkie obozy jeńców wojennych w ten sam sposób zlikwidować. Mama nie miała co do tego żadnych złudzeń.

Mama ze względu na stan zdrowia, nie mogła pracować i nigdy nie miała żadnej renty.

W 1944 r. po „wyzwoleniu” poszłam do szkoły średniej i zarabiając korepetycjami (głównie z matematyki), w 1947 r. zdałam maturę w Liceum Ogólnokształcącym Żeńskim w Białymstoku (1*).

Nie mając możliwości studiowania (2*) (opieka nad mamą, brak środków materialnych), poszłam do pracy w Kuratorium Okręgu Szkolnego w Białymstoku. Każde wypełnianie ankiety personalnej czy pisanie życiorysu było koszmarem, bo człowiek nie wiedział skąd i jaka spotka go represja. Wszelkie awanse dostawałam zawsze ostatnia i najniższe ze względu na pochodzenie i światopogląd, z czym się nie kryto: „ Praca owszem, bardzo dobra, ale… ”

Los rodzin katyńskich przez całe lata, od wojny aż do ostatnich lat osiemdziesiątych był znaczony stygmatem. Stygmatem dyskryminacji ze strony czynników oficjalnych, stygmatem konieczności milczenia o swym pochodzeniu, przeszłości, o swych najbliższych. Mama przeczuwała, że sama nie doczeka, ale że ja doczekam czasu, gdy będzie można mówić o Katyniu i nasi męczennicy będą uznani za bohaterów narodowych.

W latach 50-tych ks. Prof. Michał Sopoćko ( dzisiejszy Sługa Boży ) ( 3* ), pod nazwą „wykładów dla pracowników umysłowych” utworzył Instytut Wyższej Wiedzy i Kultury Chrześcijańskiej. Wykłady odbywały się wieczorami w Starym Kościele Farnym w Białymstoku. Mimo, że przez większość dnia , w godzinach mej pracy, mama była sama ( póki mogła, gotowała obiady ), kazała mi brać udział w tych wykładach, by zdobyć wyższe wykształcenie ( nieoficjalne ), formację intelektualną i duchową. Była więc sama i wieczorami przez parę lat, ale dla mego dobra na wszystko się zgadzała.

Coraz bardziej zapadała na zdrowiu, ostatnie 9 lat chorowała obłożnie. Wciąż duchowo zjednoczona z męczeńską ofiarą ojca, zmarła 26 lipca 1982 r. w Białymstoku.

Mama była człowiekiem bardzo szlachetnym, wychowanym w najszczytniejszych ideałach chrześcijańskich i patriotycznych. Kochała Ojczyznę nad życie, tak jak i ojciec. Zawsze pogodna, nigdy nie narzekała na swe zdrowie ani swój los. Zawsze uczyła: „Choćby serce pękało z bólu, do ludzi trzeba się uśmiechać, nie wolno nikomu pokazywać zgorzkniałej twarzy” . Według zasady: „Bogu serce, ludziom uśmiech, sobie – krzyż”.

Życzliwa dla wszystkich ludzi, zawsze w miarę możliwości pomagała tym, co tej pomocy potrzebowali, tak materialnej jak i duchowej. Nigdy nie powiedziała o nikim złego słowa, choć doznawała różnych przykrości i braku życzliwości.

Już w ciężkiej chorobie, nie wychodząc z domu, a często i z łóżka, była wsparciem dla znajomych i sąsiadek, które przychodziły na długie nieraz rozmowy, po rady w swoich kłopotach, po pouczenie i wyjaśnienie różnych życiowych spraw, po spokój i siłę w trudach życia. Dzieci, młodzież lubili słuchać opowiadań o prawdziwej historii Polski, uczyć się kultury narodowej. Do dziś, jako już dawno dorosłe osoby wspominają te czasy i wyrażają wdzięczność Mamie, że dzięki niej wiele zyskały i inaczej patrzyły na życie.

Mimo choroby mama była bardzo pracowita. Wiele szyła, wyszywała serwetki siedząc na fotelu już przed wojną. W czasie wojny przerabiała, co się dało z ubrań ( ja rosłam, a kupić nie było za co ), np.: z pozostałych taty koszul szyła bluzki i. t. p. W ostatnich latach, gdy tylko na 2 – 3 godziny dziennie siadała w fotelu, też musiała coś robić. Pokazywała mi puste ręce, mówiąc : „ Daj coś do roboty ” . Trzeba było znaleźć jakieś łatanie, cerowanie, czasem łuszczenie fasoli.

Mama lubiła piękno, co robiła, nie mogło być brzydkie. W mieszkaniu, w miarę możliwości, nawet w najgorszych warunkach, musiało być ładnie, czysto, estetycznie. Widziała piękno w każdym dziele Stwórcy ( Bóg jest dobrem, miłością i pięknem ): w najmniejszym kwiatuszku, motylku, zwierzątku, promieniu słońca oświecającym drzewa, obłoczku na niebie, nawet w kwiatach malowanych przez mróz na szybach, a nade wszystko ludzkiej duszy chwalącej Boga i żyjącej zgodnie z Jego wolą.

Miała też zdolności literackie, pisała wiersze. Oto te, które się przechowały, które najbardziej lubiła .

O, życia chwilko…

O, życia chwilko, jakżeś zawodna,
Złuda i mara –
Ledwie pić zacząć z kielicha twego,
Pusta już czara.
Życie przed nami, o, mgnienie oka
I już za nami…
A szczęścia złoto opłacić trzeba
Łez brylantami.
Nie dla tej chwilki Bóg dał nam życie,
Lecz dla wieczności,
Ale w tej chwilce zdobyć ją trzeba
W Bożej miłości.
A miłość Boża nieogarniona,
Ocean świata.
Kto w chwilce swojej czerpał zeń wiele,
Szczęśliw ulata…
Prowadź nas Panie łaską Twą świętą
W bezmiar miłości,
Byśmy wśród drogi swej nie zbłądzili,
W świata marności
Spraw, byśmy wszędzie nosić umieli
„Ducha Bożego”
I walcząc doszli do życia celu –
Tronu Twojego.

8 maj 1944 rok

Modlitwa

Błagamy Ciebie Święta Maryjo,
Prowadź nas, prowadź do niebios bram,
Módl się za nami do Syna Swego,
Wspieraj, oświecaj i króluj nam.
Pani Łaskawa, niebios Królowo,
Ciebie za Matkę dał nam Syn Twój.
Ach, jakże ważkie jest Twoje słowo,
W Tobie nadziei i łaski zdrój,
Krwią Syna Twego myśmy zbawieni,
Nie daj nam ginąć w odmęcie zła,
Wskaż drogę prawdy, udziel płomieni
Wiary, miłości – niech dobro trwa. – 8 –
Jutrznio pokoju, Matko miłości,
Króluj, ach króluj na cały świat,
Broń nienawiści, wyzwól z ciemności,
Niech dobry będzie dla brata – brat.
Otośmy grzeszni, oto zbłąkani,
Lecz Serce Twoje przebaczy nam,
O pobłogosław nas świata Pani,
Spraw, byśmy doszli do nieba bram.

6 czerwiec 1950 rok

Musiałam pracować, więc przynajmniej 8 godzin dziennie Mama leżała sama. Padały pytania, czy nie smutno, nie nudno tyle czasu być samej. Mama odpowiadała : „ja nigdy nie jestem sama, jest ze mną Pan Bóg, Matka Niepokalana, moja Patronka, są zawsze wszyscy moi bliscy męczennicy: mąż, bracia, krewni. Wciąż z nimi rozmawiam w tajemnicy Świętych Obcowania ”. Sama też choć krwi nie przelała, była męczennicą duchem, opłakując stratę tak wielu najbliższych przez tak długi czas – tych z roku 1920 i tych z lat 40-tych.

Rodzice od czasów narzeczeńskich kochali się miłością duchową. W listach z frontu tata pisał : ” Umiłowałem Twą duszę i tęskno mi do Ciebie ”. Dlatego miłość była trwała, silniejsza niż śmierć, sięgała poza grób. Mama prosiła, żebym, gdy będę zamawiać mszę św. po jej śmierci, zawsze zamawiała za oboje rodziców razem. Na grobie Mamy wypisałam także imię Taty – symboliczny grób wspólny, bo ten prawdziwy ojca tak daleko, w obcej ziemi, aż w Charkowie..

Dzięki Ci, Boże, za takich Rodziców ! Cześć ich pamięci !

P.S. Dziękuję Bogu, że mogłam być w Charkowie w 2000 r. na poświęceniu cmentarza wojennego, na grobie ojca.

Wielkie wrażenie wywołał głos pierwszy raz uruchomionego dzwonu, umieszczonego w głębokim wykopie pod ziemią. Głos głuchy, przejmujący, „z kurzem krwi bratniej ” do Boga się wznoszący – „skarga to straszna, jęk to ostatni, od takich modłów bieleje włos” – pisał poeta. Jak w psalmie : „ De profundis clamo ad Te, Domine, Domine exandi vocem meam” ( „Z głębokości wołam do Ciebie Panie, Panie wysłuchaj głosu mego” )

– 9 –

Przykre natomiast wrażenie robi kostka brukowa, którą pokryte są mogiły męczenników Charkowa. Taką samą kostką obok wyłożona jest szosa. Ma to być symbol braku szacunku dla życia ludzkiego u katów oraz wielości pochowanych tam istnień ludzkich. Jednak architektura polskich nekropolii jest zupełnie inna. Pewnie, że jest to cmentarz specjalny, jakich dotychczas nie było, tak jak nie było w historii tak strasznych zbrodni, dokonanych na tak wielkiej liczbie osób.

Ale od tej pory nie mogę patrzeć na kostkę brukową w mieście, na ulicach, na drogach, bo widzę tamte groby o kształtach mniejszych lub większych wzgórków, których zbocza spływają wprost na drogę. Dobrze, że wreszcie po sześćdziesięciu latach uporządkowane, że opatrzone tabliczkami z nazwiskami tysięcy ofiar, że poświęcone, ale… – w moim odczuciu – wciąż znaczone podeptaniem godności człowieka. Jedyna pociecha, to ołtarz, na którym może być sprawowana Najświętsza Ofiara i krzyże, znak zbawienia i nadzieja zmartwychwstania, umieszczone na środku każdej wielkiej, wspólnej mogiły.

córka
Mirosława Wolska

Ojciec :
Stefan Wolski, major piechoty W. P., jeniec Starobielska, zamordowany w Charkowie.

Przypisy :
Mirosława Wolska była wzorową uczennicą, egzamin maturalny zdała celująco, najlepiej w całej szkole. Oto spisane z nagrania wspomnienia cioci Mirosławy opisujące uroczyste wręczenie świadectwa maturalnego : ” Nie chwaląc się miałam najlepszą maturę. Te najlepsze wręczała dyrektorka w swoim gabinecie. Zaprosiła mnie, był ksiądz prefekt, wychowawczyni, jeszcze ktoś z dobrą maturą, wchodzimy. U.B. Dyrektorka wręcza mi, mówi…, a ‘czynnik’ pyta: „ gdzie pani idzie na studia? ”Dyrektorka szybko zamiast mnie odpowiada: „ nie idzie na studia, nie ma warunków finansowych..”, ‘czynnik’: „ to panią do nas do pracy prosimy”, wymienia wysoką kwotę.., dyrektorka zaskoczona (oburzona ): „ to ja – dyrektor szkoły średniej nie mam takich poborów…”, ‘czynnik”: „ u nas są takie stawki”, ja odpowiadam : „ ja pracy biurowej nie znoszę, nie lubię, nie pójdę”. Odeszli krzywo patrząc, że się nie udało… Ksiądz opowiadał innym uczennicom, chwalił : „ nie dała się nabrać ” . Myśleli, że na pieniądze polecę… ( nie miałam prawie na chleb, a tu takie pieniądze odrzucić…)

To wersja „oficjalna”. W rozmowie w kręgu rodzinnym opowiedziała: „ jeszcze przed maturą wychowawczyni podeszła do mnie i powiedziała : < nawet nie myśl o studiach, z takim pochodzeniem, z takim ojcem…, z takimi poglądami…> ”

Ks. Prof. Michał Sopoćko ( dzisiejszy Sługa Boży ) był spowiednikiem obu pań: Marii Wolskiej i jej córki Mirosławy. On – wygnany z Wilna, obie panie osierocone przez wojnę, wspierali się wspólną modlitwą.

Opracowanie przypisów:
Jolanta Czarska, cioteczna siostrzenica.